szukaj  |   kontakt

Raz do roku - Dziękuję CiSzymon Zychowicz - SchronJacek Daszyński - Atena

Mężczyzna z zakolami - Łukasz Majewski

Mężczyzna z zakolami - Łukasz Majewski

"Mężczyzna z zakolami" to tytuł debiutanckiej płyty Łukasza Majewskiego. W skład programu wchodzi szesnaście autorskiech piosenek.

Ślad po człowieku

Po wielu latach od nagrania, wreszcie ukazała się ta płyta. Płyta będąca podsumowaniem dotychczasowego okresu w twórczości oraz otwierająca nowy okres... Jaki to okres? Tego nikt nie wie, nawet autor ;-)

Miszung

to tytuł najnowszej płyty zespołu Chwila nieuwagi. Miszung to śląski termin oznaczający mieszaninę, harmider, rozgardiasz czy bałagan. Wg. zespołu, takie cechy nosi właśnie ta płyta - jest stylistycznie i gatunkowo zróżnicowana.


PATRONATY
TROMBITA 2018

YAPA 2018

Moja Wolności 2018

NieBajka Łukasza Majewskiego

"Podróż"


strona główna » relacje z imprez » rok 2010 » Tomasz Rokosz - Bardograjka XII - 12 XI 2010
Tomasz Rokosz - Bardograjka XII - 12 XI 2010
Od ostatniej Bardograjki (12 listopada 2010 roku) upłynęło już sporo czasu. Gdzieś po drodze nieraz wespół z przyjaciółmi wzdychałam i kiwając lekko głową, mrużąc oczy i uśmiechając się do swoich myśli, stwierdzałam z pełnym przekonaniem, że był to jeden z najlepszych w dziejach cyklu koncertów. Dlatego teraz, w hołdzie dla królującej w kobiecym sercu konsekwencji - powyższą refleksję ogłosiłam przecież a priori - oraz wykształcenia głównego bohatera tamtego wieczoru, niniejsza relacja otrzymuje formę rozprawki.
Edyta Bodys | 

 "Podróż do kresu pieśni", mająca w Kraśniku swą prapremierę, to wyprawa niełatwa, angażująca umysł i emocje, nie z nurtem a pod prąd, za to budująca i ubogacająca. Wielką jej wartość stanowi to, że składa się z piosenek poetyckich, których źródło po części bije w folklorze i to, że wędrówka prowadzi niekiedy przez czas i przestrzeń. Perspektywa "Podróży..." kusi jednak najmocniej ze względu na osobę Przewodnika.

Tomasz Rokosz to erudyta. Wiadomo, polonista - człowiek oczytany, osłuchany, obyty. Dedykuje jedną z pieśni Hemingwayowi ("nie pytaj więc, komu dziś bije dzwon"). Zabiera słuchaczy w przeszłość, setki i tysiące lat wstecz; jesteśmy świadkami scen z udziałem Kaina i Abla, Piłata, Magellana, Mozarta, Nietzschego; pozostajemy z uczuciem niewypełnionej "Misji": "dlaczego tam nie było wtedy Cię, czy losy świata by zmieniły się?". Funduje "Skrócony wykład z literatury powszechnej" (w formie bluesa!) tym, którzy chcieliby zostać magistrami filologii polskiej, "czytać książki zamiast zarabiać pieniążki" i wyznawać kapitalne credo: "interpretuję więc jestem".  

Tomasz Rokosz kocha ludzi. Pochyla się nad nimi z troską, rozumie, że żyjemy w "Epoce kamienia", chowamy się za chłodną tarczę Księżyca przed ranami zadawanymi przez miłość, rozpaczliwie szukamy wody życia, by oszukać śmierć, nosimy w piersiach zimny głaz ("czy to było serce Twe, zaklęte w kamień we śnie"). Dodaje otuchy "Kolędą": "cieszcie się ludzie, już dobrze będzie (...) błogosławiony niech będzie mrok, on stał się źródłem jasności". Wskrzesza heroiczny humanizm rodem z Leśmiana, napominając w obliczu "przegranego pokera przyszłych lat", że "grać trzeba do końca, choćby tam u kresu zabrakło nam słońca" ("Wicher dmie"). Pociesza tych, którym w życiu nie wyszło: "nie wszyscy muszą zdobywać szczyty, zrozumie to nie w ciemię bity, że żeby przegrać trzeba grać (…) pamiętajcie, że do raju jeszcze nie czas". Jest w programie recitalu także inne memento, "Amulet krętych dróg", pieśń powstała przed dziesiątym kwietnia ubiegłego roku, ale w kontekście wydarzeń smoleńskich nabierająca złowrogiej mocy omenu: "załóż krzyżyk pod koszulę, przyda ci się, gdy z głową w chmurach, z głową w błocie będziesz kroczył aż do kresu dni".  

Tomasz Rokosz to chłopak z innej bajki (a gwoli ścisłości - tu ukłon w stronę filologów - baśni). Przepiękną, czułą pieśnią przekonuje "O pożytkach płynących z czytania bajek": "pod lodem ciemno, pod lodem zimno jest, pod lodem ciężko o powietrza łyk, lecz już pod lodem, tam już być wolę, być z Tobą wolę i pod lodem żyć". Bezkompromisowo rozlicza pusty ("mamony dźwięk, głupoty plusk, wyprany mózg"), odczłowieczony ("wielkie czyny przejęły za mnie maszyny"), bluźnierczy ("oskarów msza, komunia braw, pielgrzymka po czerwonych dywanach, nieśmiertelność na ekranach") świat kina cud - "Hollywood", puentując ostro i celnie: "nie wymawiaj przy mnie słowa na h". Rozprawia się "Mocną piosenką" z charakterystyczną dla współczesnych mentalnością, która spycha gdzieś na cieniutki margines "za słabego Boga": "surfowanie mam dziś w planie, dziewięćdziesiąt procent porno; lecz nic złego się nie stanie, nowe życie nie powstanie". 

To także retro bard, lirnik. Pieśnią wykonaną przy akompaniamencie liry korbowej (instrumentu typowego niegdyś dla bardów - mały wykład przy okazji) Tomasz Rokosz rozpoczął recital, a także zadośćuczynił pierwszej prośbie o bis. Zaprezentował piosenkę dziadowską z Lubelszczyzny, przywołującą straszliwą wizję końca świata ku przestrodze bezbożnym. Wpierw jednak, ujmująco grzeczny i skromny, pięknie pożegnał się z publicznością specjalnym utworem zamykającym program: „Wyszedł już z mody stary styl...”. Być może niemodne i niepopularne w rozpędzonym już XXI wieku było to, to Tomasz Rokosz, wspierany przez Michała Matrasa, towarzyszącego mu pianistę, miał do powiedzenia. Jednak ci, którym pozostał sentyment do dawnych, lepszych czasów, z „Podróży...” wrócili o(d)czarowani.  

Wspominając bardograjkowy, listopadowy wieczór, raz po raz łamię pierwszą zasadę przeegzaltowanej polonistki: nie utożsamiaj podmiotu lirycznego z autorem! (Hmmm... chyba powinnam to sobie gdzieś wytatuować...) Nie mogę oprzeć się wrażeniu, zresztą wcale nie chcę się opierać, że Pan Doktor (bo doktorat nasz artysta posiada a jakże) taki właśnie, uzdrawiająco inny, jest. Nie wiem, czy jego wybrance zazdrościć – bo taka wrażliwość to rzadki, cenny okaz, czy nie zazdrościć – bo musi być podwójnie silna, by tę ultraczułość chronić przed złem świata... W mojej przyjaciółce, która ma dwóch synów, Tomasz Rokosz wzbudził uczucia... macierzyńskie. Po Bardograjce, zachwycona koncertem, złapała mnie z rękaw i szepnęła: „Widziałaś, jak słodko kamizelkę założył na lewą stronę?”. Spojrzałam – rzeczywiście, metka na wierzchu. Nie wiem, co na niej napisano, wiem za to z całą pewnością, że nie: „Made in China”. 

Opublikowany: 2011-01-25 11:26:22