szukaj  |   kontakt

Jacek Gutry - Tyci taci senJerzy Dziedziczak - Pamięci innych poświęcamApolinary POlek - Ostatnia wędrówka Jasia Huśtawki

Ślad po człowieku

Po wielu latach od nagrania, wreszcie ukazała się ta płyta. Płyta będąca podsumowaniem dotychczasowego okresu w twórczości oraz otwierająca nowy okres... Jaki to okres? Tego nikt nie wie, nawet autor ;-)

Zmyślony

„Zmyślony" to długo wyczekiwany, debiutancki album Marcina Skrzypczaka - gitarzysty, pieśniarza, kompozytora i autora tekstów."

Miszung

to tytuł najnowszej płyty zespołu Chwila nieuwagi. Miszung to śląski termin oznaczający mieszaninę, harmider, rozgardiasz czy bałagan. Wg. zespołu, takie cechy nosi właśnie ta płyta - jest stylistycznie i gatunkowo zróżnicowana.


strona główna » relacje z imprez » rok 2010 » BardoGrajka VII - Marek Andrzejewski
Marek Andrzejewski - BardoGrajka VII - Kraśnik 19 II 2010 - cd.
I poeta musiał w końcu wrócić na ziemię, ale za to ładnie opowiedział o tym, co widzi ze swego „mieszkadełka z ósmego pięterka”: „szklanki okien uniesione na zdrowie elektryce (hej!)”. To, że ten twórca jest istotą miejską, słychać było ponownie kilkanaście minut później, gdy zabrał publiczność na wieczorną przejażdżkę „Trolejbusowym batyskafem”. Po podróży, przeglądając „Podręczny słownik”, nie sposób było nie pochylić się nad tezą nie do obalenia: „statystyka z szarych nici szyje ludzi na miarę ulicy” i genialną wyliczanką: „człowiek (…): 5 funtów wapnia, 1,5 funta fosforu, 9 uncji potasu, 6 uncji siarki, 6 uncji sodu, nieco ponad uncję magnezu i mniej niż uncję żelaza, ołowiu i jodu w sumie 8 dolarów i 37 centów”. Nie otrząsnęłam się jeszcze z zamyślenia nad wyceną mojej osoby dokonaną przez uczonych z Harvardu, gdy lublinianin z lekkością rozprawił się z przesądami i nieuchronnym pechem („już bułki spadają masłem na dół”), „13 czarnych kotów” neutralizując taką samą liczbą kominiarzy. Potem znów było lirycznie –„Jutro do mnie zadzwoń” („... zanim pójdę na dno”), ze świetną definicją słowa „dziwne” – „śmieszne na smutno”. Jeszcze później wykazał się bard niezwykłym wyczuciem nastrojów społecznych (Andrzejewski na prezydenta!), z uroczą nonszalancją obwieszczając swoje credo: „w życiu wzorem są dla mnie misie – nie chce mi się”. Porwał mnie gorący południowy klimat tej piosenki, „samba, rumba, chacha bez dopalacza”, jednak w pewnym momencie („roznegliżowane panie wywołują moje ziewanie”) zachwyt nad temperamentem artysty przyćmiła szczera niewieścia troska o niego...

„Tylko misie” były ostatnim daniem głównym siódmej Bardograjki. Na szczęście menu tradycyjnie obejmuje także deser. Na bis, czy jak woli federacyjny bard „na wszelki wypadek”, wybrzmiała rekordowa w całym cyklu spotkań liczba czterech piosenek. „Zima, czyli ostatni obrazek spod lubelskiej wsi” – poezja znaków przestankowych: „myślnik przydrożnego krzyża, zmarzłego psa wykrzyknik (...) skończy się nieodwołalnie cmentarza wielokropkiem”. (Pytanie za 100 punktów: jak pieśniarz jechał z Lublina do Urzędowa przez Kraśnik? Hmmm, może jednak nie z ale do Lublina, oby...). Nostalgiczny obraz ustąpił miejsca pochwale radości i młodości w „Anakreonta pieśni wiosennej”, wierszu Icyka Mangera przełożonym z jidysz przez Wisławę Szymborską. „Może coś o teorii ewolucji” – powiedział Andrzejewski przed trzecim bisem, po czym omówił (ośpiewał?) pokrótce dzieje ludzkości w ujęciu darwinowskim („potem zaszła w małpie zmiana, zamieniła się w bałwana”), by wreszcie skonstatować: „Do aniołów wciąż daleko”... Spotkanie z kraśniczanami zamknęła „piosenka specjalnej troski”. Pozwolę sobie przytoczyć większy jej fragment, drodzy konsumenci, a zwłaszcza konsumentki, gdyż przepełniona jest empatią i bólem rzeczy pominiętych przez marketing: „stoi w ciemnym rogu mały smutny jogurt, gdzieś na półce trzeciej w mym supermarkecie, nikt go nie kupuje, bo nie reklamuje, żadna go dziewczynka, kiedy wieczorynka, żadna go modelka, gdy telenowelka...”.

Na witaminę, której Marek Andrzejewski ma tak dużo, składa się dowcip, wdzięk, uśmiech, skromność i wielki talent. Podczas Bardograjki dla mnie był przede wszystkim poetą, trochę współczesnym, a trochę – może przez miasto, masę i maszynę gdzieś w tle jego tekstów – futurystycznym w stylu retro, w odcieniach sepii. Nie mnie oceniać, jakim jest kompozytorem – nie znam się, nie mam wiedzy; mam za to uszy i jestem w stanie usłyszeć, że to dobry gitarzysta, i że w niepozornym ciele chłopaka z sąsiedztwa (jak z amerykańskiego filmu; ale nie psychopaty z thrillera, raczej przyjaciela głównej bohaterki romansu) kryje się kawał głosu – ciepłego i przymglonego w dzień powszedni piosenki, a mocnego i czystego w odświętnych górnych rejestrach (eeech, te cygańskie i klezmerskie zaśpiewy...). Może tylko za mało niesforny jest ten bard, lecz widać taka jego uroda. Poproszę jogurt z trzeciej półki, ten z witaminą B7…

Opublikowany: 2010-03-11 12:49:05
Strony:
Oceń ten artykuł
Średnia ocena: 5,17
Komentarze